Strona główna » Rady dla niej

Rady dla niej

Moja niepłodność

W moim przypadku nie było jednej głównej dolegliwości. Generalnie po długim czasie poszukiwań, analiz i badań moja niepłodność polegała na:

- niedrożny lewy jajowód czyli nie każdy cykl był płodny
- za wysoka prolaktyna
- bardzo ciasna szyjka macicy co uniemożliwiało inseminację pod jajowody

Zważywszy na niską ruchliwość plemników typu A mojego męża problem polegał na tym, iż po pierwsze płodny miałam cykl co któryś miesiąc, po drugie plemniki były za słabe aby dojść do jajka, po trzecie zbyt wysoka prolaktyna uniemożliwia zagnieżdżenie zarodka. Czy to oznaczało że nie mieliśmy szans na naturalną ciąże? Oczywiście że nie, szanse były. Ale małe. Gdyby problem z zajściem nie były tak bolesny lub gdybym miała 20 lat to może bym próbowała. Oboje jesteśmy jednak po 30-stce i naszym zdaniem szkoda życia i czasu. Szczególnie, że tak jak staramy się pokazać są inne, alternatywne drogi ku macierzyństwu.

Walczcie razem

Piszę z punktu widzenia kobiety, dla której poczucie bezpieczeństwa, stabilności, wsparcia i zrozumienia w związku są bardzo ważne, zwłaszcza jeśli okazuje się, że nie możesz zostać Mamą. Jesteśmy – jako kobiety - istotami bardzo emocjonalnymi i w tak trudnych chwilach wsparcie partnera, deklaracja miłości i akceptacji jest bardzo ważna. Same oczywiście też damy radę, ale to ma być nasze wspólne dziecko, bo wspólnie chcemy je kochać i wychować. Piszę o tym bo, zanim podejmiecie proces leczenia najpierw dogadajcie się miedzy sobą, bo proces ten może być długi, pełen rozczarowań i bólu i musicie być wtedy razem.

Spotykałam na korytarzach szpitala niejedną dziewczynę, która została z tym sama, pełna strachu i żalu, bo albo facet uznał, że to nie on jest „felerny”, albo że to nie jego problem. Albo po prostu ze strachu. Tak nie powinno być! To jest problem dotyczący Was obojga. Musicie rozmawiać z partnerem i angażować go w ten proces od początku.

Kliniki leczenia niepłodności

Jak już jesteście razem na dobre i złe – czas na wizytę u lekarza. Zakładam, że standardowe wizyty u ginekologa są za Wami i nic nie przyniosły. Naturalnym krokiem jest wizyta w Klinice Niepłodności. UWAGA - możecie trafić na klinikę która będzie próbować udowodnić Wam na starcie bezpłodność aby doprowadzić do zabiegu in vitro – a to jest ostateczność. Według nas najpierw powinien być podjęty proces leczenia, potem inseminacja, a dopiero na końcu in vitro. Oczywiście są przypadki, które z góry narzucają in vitro (np. brak plemników, całkowicie niedrożne jajowody, etc). Jeśli lekarz namawia Was na in vitro - skonsultujcie to w innej klinice czy z innym lekarzem. My też już byliśmy skierowani na in vitro jako niepłodna para - a nasza córka przyszła na świat po zabiegu inseminacji. Śliczna i zdrowa.

Styl życia

Styl życia nie jest bez znaczenia. Zresztą w sytuacji kiedy dłużej czekacie na cud zajścia w ciążę, każdy aspekt Waszego życia ma znaczenie. Należę do osób aktywnych, więc sport był w moim życiu od zawsze i on pomaga również rozładować stres i napięcie związane ze staraniami. Niemal zaprzestałam popalania – choć jeśli palisz dużo, rzucanie w tym okresie to dodatkowy stres, więc spróbuj po prostu ograniczyć. Wyciszenie i zwolnienie wskazane – choć jest to bardzo trudne dla osób aktywnych. Trzeba postawić na pozytywne myślenie i unikać tych historii z życia, które mówią o niepowodzeniach a karmić się tymi pozytywnymi! Bo niestety jeśli coś się w życiu nie układa, mamy tendencję do karmienia się negatywami myślami, które nas pogrążają.

Praca

Na pewno wielu znajomych i rodzina w dobrej wierze powtarzają jak mantrę „nie martwcie się – musicie się wyluzować, gdzieś wyjechać i się uda”. Jakby to było takie proste… -:) Tutaj decydującym czynnikiem są Twoje myśli i Twoje nastawienie. Będąc już w ciąży zdałam sobie sprawę jak silny wpływ miała na mnie praca i poczucie odpowiedzialności. Nie przesadzę jeśli powiem, że blokujący. Z jednej strony bardzo chciałam dziecka, z drugiej strach przed koniecznością porzucenia stanowiska, obarczeniem innych moimi obowiązkami, koniecznością wycofania się z tego wiru do którego tak przywykłam - to mogło "blokować" ciążę. Jest absolutną prawdą, że wszystko jest w naszej głowie! Dopiero afirmacje i sam fakt zdania sobie sprawy z tych myśli pozwolił mi na dystans i pełną gotowość na ciążę.

Trudności w małżeństwie

Możliwe, że po uzyskaniu informacji, iż zajście w ciążę nie będzie takie proste i czeka Cię jeszcze wiele badań – uznasz to za normalne i poddasz się temu bez obiekcji. W moim przypadku było to znacznie trudniejsze. Trudno było mi się pogodzić z faktem, że muszę poddawać się licznym badaniom, że moja intymność nie ma znaczenia, że przede mną nieznane, a więc strach. Strach którego lekarze nie umieli i nie starali się pomóc mi przezwyciężyć. Po kolejnych badaniach, inseminacjach okres przychodził, ba nawet się spóźnił kilka razy, ale ciąży nie było. Sił starczyło na rok. Potem dawka rozczarowania, żalu i buntu – w końcu moje życie stało się podporządkowane zachodzeniu w ciążę. Chciałam się wycofać, mąż też się pogubił, bo ta silna i zawsze pewna swego żona poddała się. Padły pytania: czy my do siebie pasujemy? Czy nam obojgu dane jest dziecko? Może rozwód?

Tu na ratunek przyszła zasada jaką ustaliliśmy na początku małżeństwa: jest problem – siedzimy tak długo aż się dogadamy. Postanowiliśmy zacząć „od nowa”. Obowiązkowo zmiana lekarza, akceptacja in vitro i adopcji jako innych dróg do zostania rodzicem.

Dodatkowo mężowi ciężko było zrozumieć i zaakceptować fakt pewnej niesprawiedliwości – że to on ma być silnym ramieniem i że od momentu podjęcia leczenia, to na moich uczuciach i nastrojach będziemy się skupiać. Dodatkowo Piotr musiał nauczyć się wyłączać w trudnych chwilach (mój płacz, rozdrażnienie, podłe samopoczucie) typowe dla mężczyzn myślenie w kategoriach „znajdźmy rozwiązanie, sposób na polepszenie nastroju”. Tu nie ma sposobu – to po prostu musi minąć a jedyne co mężczyzna może zrobić to: przytulić, wysłuchać, nie doradzać i negować…

Drogie Panie - to bardzo trudne i panowie potrzebują czasu aby się tego nauczyć i trzeba im o tym powiedzieć – czego od nich oczekujemy w naszych trudnych chwilach. Jeśli tego nie zrobimy - uciekną grać na komputerze albo wyjdą z domu…..

Cud akceptacji

Tutaj, jeśli chodzi o adopcję, mąż miał dużo obaw ale obiecał przemyśleć temat. Ja od zawsze chciałam adoptować dziecko. Zresztą moja definicja rodzicielstwa jest dużo szersza, „luźniejsza” od tradycyjnej. Rodzica widzę jako przewodnika, opiekuna który daje tej małej istocie poczucie bezpieczeństwa, przekazuje co ma najlepszego, buduje kręgosłup moralny i przygotowuje do dorosłego życia, a potem pozwala mu wyfrunąć z gniazda, żyć, popełniać błędy po swojemu. I nie ma tu znaczenia czy dziecko jest z „krwi i kości” czy adoptowane - obie istoty są jak „tabula raza” i potrzebują nas dorosłych. Problemy wychowawcze będą zawsze. Oczywiście nic nie zastąpi cudu maleństwa w brzuszku – ale w życiu nie mamy wielu rzeczy o których marzymy. Z ciążą musi być tak samo. Dlaczego musi?

Piszę o tych różnych formach rodzicielstwa, gdyż zauważyłam pewną zależność – u nas i innych par - zjawisko które nazwałam „syndromem akceptacji innego rozwiązania”. Na pewnym etapie starań (6 inseminacji nieudanych) zaczęliśmy rozmawiać o in vitro, adopcji i akceptować, że może los doprowadzi nas tak daleko i nie będziemy mieli „swojego” dziecka. Przestaliśmy trzymać się kurczowo myśli, że tylko naturalne poczęcie, ewentualnie inseminacja są możliwe. I wtedy paradoksalnie stał się nasz cud. Ostatnia przewidziana w naszym planie inseminacja zakończyła się ciążą.

Na pewno nie jest to recepta na „całe zło” – ale nam to podejście pomogło i wierzę w nie. Bo przecież żeby coś się udało - trzeba w to bezgranicznie uwierzyć!

Copyright 2009 by K&P
info@4krokidocudu.pl